Wyprawka na chemię

Został mi jeden temat, który dotyczy tematyki chemioterapii samej w sobie – radioterapia pokrzyżowała mi plany i przez to troszkę jest bałagan w postach, za co Was najmocniej przepraszam.

Ten post będzie dosyć krótki, ale według mnie bardzo ważny (Wam może się wydawać dosyć błahy, haha), szczególnie dla pacjentów, którzy pierwszy raz idą na chemioterapię, czy to ambulatoryjnie, czy do szpitala na kilka dni. Taki zestaw brałam ze sobą na każdą chemię.

Moją wyprawkę pakowałam zawsze albo w dużą zapinaną torbę (taką jak np. na siłownię się nosi), albo najlepiej – w małą walizkę. Polecam bardziej walizkę, bo czasami już naprawdę nie ma siły nosić torby, a walizka na kółkach pojedzie dosłownie sama. 😉 Dobra, czas na zawartość.

Dokumentacja medyczna
W razie czego lepiej mieć przy sobie, bo nigdy nie wiadomo, czy się przypadkiem nie przyda, a poza tym lepiej mieć pod ręką wszystkie swoje wyniki i miejsce, do którego schowa się np. skierowania na następne badanie. Najwygodniej dokumentację medyczną trzymać w dużym segregatorze A4, wszystko jest przejrzyście i nie schodzi dużo czasu na szukanie potrzebnych dokumentów, a uwierzcie mi, trochę tego się nazbiera. Żeby było Wam wygodniej posegregujcie dokumenty, np. według dat, czy według „tematyki” (skierowania, badania krwi, badania diagnostyczne, wypisy ze szpitali – sama mam zamiar zrobić taki porządeczek niedługo i pewnie pokażę Wam go na Instagramie, dlatego serdecznie Was tam zapraszam, jeśli macie konto, a jeśli nie to piszcie śmiało w komentarzach czy na mailu, chętnie wyślę Wam zdjęcia jak u mnie to wygląda 😉 ).

Butelka z wodą
W szpitalu dostępne są dystrybutory z wodą, aczkolwiek ja zawsze wolałam mieć swoją, żeby nie musieć łazić w tę i z powrotem, kiedy jeszcze nie miałam na to zbyt dużo siły. Po prostu brałam 1,5l wody ze sobą i tyle, w zupełności wystarczało na cały dzień spędzony w Centrum Onkologii. Ważne, żeby to była woda niegazowana. Gazowane napoje niby wstrzymują na chwilę nudności, ale nie są zalecane w czasie chemioterapii.

Koc/duży szal
Niby nic, a uwierzcie mi, że to mega ważne. Raczej nie jest to obligatoryjna rzecz dla osób, które mają 40 minutową chemię, ale powyżej godzinki, kocyk staje się najlepszym przyjacielem. Po pierwsze, kroplówki nie mają temperatury naszego ciała, raczej to lekko ponad 20 stopni Celsjusza, a że kroplówki podaje się dożylnie, to płyn o takiej temperaturze jest rozprowadzany po całym ciele, czasami pewnie nawet dotykaliście skóry w okolicy wkłucia – jest po prostu zimna, po dłuższym czasie podawania takiej kroplówki może się zrobić najzwyczajniej w świecie zimno, dlatego przykrywamy się kocykiem i jest lepiej. 😉 Po drugie, bardzo często w czasie kroplówki pacjenci zasypiają, a w czasie snu temperatura naszego ciała także spada, nieraz się budziłam po 2 godzinach drzemki na chemii trzęsąc się z zimna. Po trzecie – no przytulniej jest trochę! 😉
Jeszcze w bonusie przy tym warto jest ubrać się wygodnie – w dresik, założyć ciepłe skarpetki i przede wszystkim! dosyć luźne koszulki – łatwiej jest podwinąć dzianinowy rękaw niż od koszuli garniturowej, żeby było miejsce do wkłucia, a w przypadku portu – koszulki z dosyć dużym dekoltem, albo rozciągliwe, żeby łatwo było się pielęgniarkom wkłuć jak i wyciągnąć igłę.

Poduszka
To też nieobligatoryjne, ale jeśli macie miejsce w walizce, wrzućcie sobie małą poduszkę, albo pluszaka, który Wam zrobi za poduszkę, kiedy będzie taka potrzeba. Zawsze to jakoś wygodniej i cieplej.

Wafle ryżowe
Zanim zaczną się komentarze, że tam są wióry i w ogóle to syf, to przeczytajcie ten podpunkt do końca. W czasie chemii często towarzyszą nam nudności, czy to związane z lekami samymi w sobie, czy to po prostu z podejściem psychicznym. Mi zdarzyło się w ciągu 3 godzin czasami wymiotować nawet ponad 10-15 razy (spokojnie, to przez moją durną psychikę, haha, wy tak nie musicie mieć), uwierzcie mi, że po 4 rzygnięciu nie miałam już czym wymiotować. Z pomocą przyszły mi wafle ryżowe. Poza tym, że kiedy jadłam, nie było mi niedobrze, to jak już w pewnym momencie musiałam wymiotować, to przynajmniej miałam czym – po to właśnie były mi wafle ryżowe, żeby mieć czym wymiotować.

Kanapki/coś do jedzenia
Chodzi tu o coś treściwego do jedzonka. Nie wszyscy są w stanie jeść w czasie chemii, ale ja raczej za każdym razem zjadałam np. kanapkę. Po długim czasie w kolejkach i jeszcze w czasie chemii naprawdę idzie zgłodnieć. Więc zazwyczaj na początku chemii, póki jeszcze nudności nie rozkręciły mi się na maxa zjadałam kanapkę. 😉

Guma do żucia/Miętówki
Nie, to nie po to, że w razie gdybyście spotkali swojego wybranka/wybrankę, to żeby Wam pachniało fiołkami z buzi. Po prostu gumy do żucia i miętówki typu hallsy zmniejszają nudności, przynajmniej na mnie to działało.

Zatyczki do uszu/słuchawki
Nikt nie krzyczy ani nie jest głośno na oddziale, ale jest pewien okropny dźwięk, który do tej pory jak sobie przypomnę, to wywołuje u mnie nudności – dźwięk chodzącej pompy. Niektóre kroplówki są podłączone do pompy, bo część leków po prostu musi być podawana np. wolniej, ale z dokładną prędkością. Ten dźwięk na początku jest znośny, możliwe, że nawet go nie zauważycie, ale po jakimś czasie, grrr, jest okropny! Dlatego warto sobie zapakować zatyczki do uszu, albo posłuchać muzyki przez słuchawki, skupić się na czymś innym.

Rozrywka
Często kroplówki trwają dosyć długo – w moim przypadku były to 3 godziny, dlatego jeśli nie chce się spać, warto mieć pod ręką coś, co nam zajmie czas w ciągu chemii. Ja lubiłam kolorować takie kolorowanki w kalendarzu np., ale można wziąć książkę, obejrzeć film, cokolwiek co sprawi, że szybko zleci czas. Na szczęście czasami pacjenci rozmawiają po prostu ze sobą, także to też pomaga.

Jeśli chodzi o chemioterapię związaną z pobytem w szpitalu, to tak naprawdę do tego wszystkiego trzeba dołożyć rzeczy, które przydadzą się na co dzień.

Pamiętajcie, że po każdym dłuższym pobycie w szpitalu wszystko co ze sobą mieliście, czyli poduszki, ubrania, koce – od razu wrzucajcie do prania, a siebie wpakujcie pod prysznic i dokładnie się umyjcie. W szpitalu jest trochę tych opornych na różne antybiotyki bakterii, które są niesamowicie upierdliwe i ciężko jest je wytępić, a taka poduszka to może się stać fajnym transportem dla takiej bakterii. To niby coś oczywistego, ale lepiej to podkreślić.

Myślę, że to tyle jeśli chodzi o wyprawkę. Dla części z Was mogło to się wydawać zupełnie oczywiste, ale powiem Wam, że na pierwszej chemii miałam ze sobą tylko koc i książkę, dopiero po jakimś czasie zaczęłam powiększać swoją kolekcję, haha.

Dodalibyście jeszcze coś do tej listy wyprawkowej?

Buziaki, Claudia

PS. ale mi wyszedł ten… „krótki” post, hahaha

Dzień radioterapii

Jeszcze niecałe pół roku temu napisałam pierwszego posta – „Dzień chemii”. Nie sądziłam, że będzie kolejna część z tego cyklu, no ale jednak doszło do radioterapii, więc dziś opiszę Wam jak wygląda dzień radioterapii.

Po symulacji radioterapii Wasz radioterapeuta powinien Wam powiedzieć kiedy i gdzie macie się stawić. U mnie wyglądało to tak, że po symulacji pani doktor podała mi datę i godzinę na którą mam się zjawić przy żółwiach (czyli przy zakładzie radioterapii CO w Warszawie).

W dniu pierwszej radioterapii spotkałam się z panią doktor, poinformowała mnie o skutkach ubocznych i zaleciła stosowanie kremów i witaminy A+E.

Po spotkaniu, pani doktor zaniosła moją kartę z rozpisanym planem radioterapii do miejsca w którym znajduje się aparat do radioterapii, w moim przypadku nazywa się to CLINAC V1 (to nazwa sprzętu, którym robione jest napromienianie) i takiej nazwy będę używać dalej w poście i w kolejnych postach. Takich miejsc w centrum onkologii jest kilka. Potem dostaje się karteczkę, z którą należy pójść do rejestracji, w rejestracji coś na niej piszą i trzeba zanieść ją z powrotem do swojego „Clinaca” (być może w każdym Centrum Onkologii może to się nazywać inaczej, w końcu to zależy od nazwy sprzętu 😉 ), a następnie czekać na wywołanie.

Na kolejnych radioterapiach wygląda to w ten sposób, że po prostu przychodzi się do zakładu radioterapii i rejestruje się. W CO w Warszawie do rejestracji służy taka maszyna, do której przykłada się po prostu swój identyfikator (który dostajemy podczas symulacji) i przez to „dajemy znać”, że jesteśmy na miejscu. Potem czekamy na swoją kolej.

Technik wywołuje nazwiskami. Kiedy nadejdzie nasza kolej, najpierw technicy upewniają się, że Ty to Ty, haha. Następnie przechodzi się do pomieszczenia w którym znajduje się aparat. Są tam też takie małe kabinki, w których można się rozebrać. Po zdjęciu ciuszków (od pasa w górę, od pasa w dół, zależy co macie naświetlane), idziemy do aparatu. Jak dla mnie to to wygląda trochę jak taki wielki ekspres do kawy, haha. Kładziemy się na „łóżku” i technicy wsuwają nas pod aparat. Następnie włączane są lasery, które ułatwiają technikom ułożenie ciała pacjenta dokładnie tak, jak było zaplanowane – naprowadzają też ich tatuaże, o których pisałam w poście o symulacji. Czasami idzie to szybko, czasami długo, zależy od tego co jest naświetlane, ile itp., w moim przypadku poszło bardzo szybko. Następnie technicy wychodzą z pomieszczenia i zaczyna się naświetlanie. W przypadku niektórych nowotworów, np. płuc czy piersi w czasie napromieniania pacjent może dostać sygnał, aby wziąć wdech i nie oddychać przez chwilkę – ma to na celu ochronę serca, który jest narządem krytycznym i znajduje się w polu napromieniania. Samo napromieniania wygląda mniej więcej w ten sposób:

W filmiku naświetlany jest guz mózgu i jak widzicie, pacjent ma na sobie maskę, o której też pisałam w poście o symulacji. 🙂

Maszyna nie chodzi bardzo głośno no i samo napromienianie trwa dosyć krótko – u mnie 15 minut łącznie z układaniem ciała. Napromienianie nie boli, nie jest nieprzyjemne, no i tak jak pisałam – krótko trwa. Potem można się ubrać i wychodząc należy się umówić na następny dzień na konkretną godzinkę, na którą mamy się zjawić – są to godziny od wczesnoporannych do baaardzo późnych, bo widziałam, że można się nawet na 23 umówić. Następnego dnia odbywamy taki sam proces. 😉

Co tydzień spotykamy się z radioterapeutą. W centrum onkologii wygląda to w ten sposób, że po/przed radioterapią któregoś dnia, prosi się w „Clinacu” o swoją kartę i z nią wędrujemy do miejsca, w którym przyjmuje lekarz (blok A, przychodnia na 2 piętrze). Lekarz przegląda kartę, sprawdza czy nie ma pomyłek i czy wszystko jest w porządku. Może też dać skierowanie na badanie krwi – radioterapia ma wpływ m.in. na białe krwinki, dlatego ważna jest ich kontrola.

Tak wygląda cały dzień radioterapii. Po napromienianiu można wrócić do normalnych zajęć, może nam doskwierać senność, dlatego zawsze przyda się drzemka. 😉

A jak w Waszych ośrodkach wygląda radioterapia?

Nowe stare wieści ;)

Troszkę radioterapia pokrzyżowała mi plany i dziś zamiast edukacyjnego posta – post z cyklu co i jak u mnie, haha. 😉

Jutro jadę do Warszawy już na cały miesiąc radioterapii. We wtorek pierwsze napromienianie. Jestem nastawiona bardzo pozytywnie.

Bardzo się cieszę, że mój poprzedni post miał taki pozytywny oddźwięk, dostawałam od Was wiadomości, że zmotywowałam Was do rzucenia palenia chociażby, więc jestem naprawdę bardzo szczęśliwa! 🙂

Mam też dla Was informację – zostałam zaproszona jako prelegent na konferencję Digital Youth Forum 2017, która odbędzie się 25.05.2017 w Centrum Nauki Kopernik. Na konferencji poruszane będą tematy związane z internetem i jego kreatywnym wykorzystaniem – będę miała przyjemność opowiadać o moim blogu. Wstęp jest wolny (!), jedynie trzeba się zarejestrować na stronie internetowej: http://digitalyouth.pl/forum/.

Mam nadzieję, że zobaczę się z wieloma z Was, a jeśli nie, to nie martwcie się, całe wydarzenie będzie można obejrzeć na żywo w internecie – oczywiście udostępnię link na moim fanpage na Facebook’u, więc jeśli jeszcze mnie tam nie obserwujecie, to zachęcam serdecznie. 😉

Zmykam się pakować do Warszawy, a Wam życzę miłego dnia!

Przyczyny i czynniki ryzyka zwiększające prawdopodobieństwo powstania nowotworów

To dosyć długi temat, dlatego z góry przepraszam za długiego posta. Myślę, że to dosyć ważny temat i mimo tego, że dość często poruszany, to chciałabym o tym napisać jako wprowadzenie do kolejnego posta (nie wiem jeszcze kiedy dokładnie będzie, radioterapia zaburzyła mój plan postów), czyli posta o profilaktyce różnych nowotworów nowotworów (ale nie tylko). Te punkty, które wymienię, to nic odkrywczego i dotyczy nie tylko nowotworów, ale także innych chorób.

Palenie papierosów
To chyba jest najbardziej oczywiste i najbardziej powszechnie znana informacja, że palenie papierosów zwiększa ryzyko raka. No ale jeśli już mnie trochę „znacie”, to wiecie, że na samym stwierdzeniu nie skończę. To wszystko co napiszę poniżej dotyczy zarówno palenia aktywnego jak i biernego (aktywne oczywiście dużo bardziej, niż bierne, ale mimo wszystko należy mieć w pamięci, że obie wersje palenia są bardzo szkodliwe).

Co takiego jest w papierosach?
W bibułkę zawinięty jest wysuszony liść rośliny – tytoniu. Sama roślina w sobie ma nikotynę, czyli substancję, która może spowodować uzależnienie, jednak na tym się nie kończy. Jak to każda roślina, musi być zasadzona, podlewana i oddychać sobie trochę naszym powietrzem. Żeby roślina rosła ładnie pięknie, w tych czasach potrzebne są różne „wspomagacze”, czyli po prostu nawozy. To nie są raczej naturalne substancje, tylko po prostu chemikalia. Takie rzeczy roślina pobiera i one w niej często zostają. Ponadto, w czasie przerabiania liści tytoniu na ten susz (każdy wyrób tytoniowy jest szkodliwy!), który jest w papierosach, mogą także powstać kolejne toksyczne związki. W sumie w papierosie jest kilka tysięcy takich toksycznych substancji… Takimi substancjami są: benzopiren, formaldehyd (tak, jego roztwór, to formalina), arszenik, polon (tak, ten radioaktywny pierwiastek odkryty przez Marię Skłodowską-Curie), kadm, chlorek winylu, amoniak, metanol i wiele wiele innych.

Co te związki powodują?
Zanim napiszę co i jak, myślę, że ważne jest, żebyście wiedzieli, że w naszych komórkach często powstają błędy. Jednak nasz organizm to genialna machina, która w momencie w którym taki błąd powstaje, zaraz go naprawia. Za takie naprawianie odpowiedzialne są różne geny i związki.
Kiedy do komórki wchodzi sobie taki zły związek z papierosów, działa on na kilka sposobów – albo niszczy DNA po prostu rozrywając je, albo „podaje się” za prawidłowy składnik DNA, wbudowuje się w DNA i przez to powstają mutacje. W związku z mutacjami, może dojść do niekontrolowanego wzrostu komórek i powstania nowotworu. Niektóre związki zawarte w dymie papierosowym np. arszenik uniemożliwiają naprawę błędu w DNA, przez co także mogą powstać mutacje. Przez to, że w papierosach mamy związki różnie oddziałujące na komórkę, ryzyko powstania nowotworu zwiększa się – jeden związek robi bałagan w DNA, a drugi uniemożliwia jego naprawę i voila, mamy problem!To nie jedyny wpływ na organizm palacza, związki z dymu papierosowego mogą powodować upośledzenie odporności organizmu, a także utrudnienie w usuwaniu czy neutralizowaniu toksyn.
To wszystko dzieje się na poziomie cząsteczek związków chemicznych, potem dochodzi do komórki, tkanki, organu, aż w końcu całego ciała.

Papierosy = rak płuc?
Nie. Nie tylko. Papierosy diametralnie zwiększają ryzyko powstania raka, bardzo często właśnie płuc, bo są one najbardziej „wystawione” na bezpośrednie działanie dymu papierosowego, jednak te związki z papierosów nie zostają w płucach, wnikają one do organizmu, są transportowane i mogą dostać się w większość zakamarków naszego ciała. Oczywiście to, że ktoś ma raka płuc, czy inny nowotwór, nie oznacza od razu, że palił – często niestety zdarza się, że ludzie potrafią mówić „no, ma raka, pewnie palił jak smok, sam sobie taki los zgotował”.

Poza rakiem płuc, palenie papierosów może powodować aż 12 różnych nowotworów:

  • nowotwory jamy ustnej i gardła,
  • rak trzustki,
  • rak wątroby,
  • rak przełyku,
  • rak żołądka,
  • rak nerki,
  • rak jelita grubego,
  • rak jajnika,
  • rak pęcherza moczowego,
  • rak szyjki macicy,
  • białaczka,
  • rak krtani.

Poza nowotworami palenie papierosów powoduje też inne choroby – serca i płuc.

„Palę tyle lat i nic mi nie jest”
Zdarza się usłyszeć coś takiego od palacza, albo zapytani czemu palą, ze śmiechem odpowiadają „dokarmiam raka”. Żarty żartami, ale taka jest prawda. Nowotwór nie rozwinie się z dnia na dzień. Czasami to są lata, oczywiście zdarzają się nowotwory o bardzo szybkim przebiegu, ale mówię teraz o tych związanych stricte z paleniem papierosów. Trwa to tak długo, ponieważ mimo wszystko organizm stara się bronić przed szkodliwym wpływem papierosów.

Zanieczyszczenie powietrza
Jak już jesteśmy przy syfie, który wdycha się z papierosów, to płynnie przejdę do syfu, który wdychamy niestety niezależnie od tego czy tego chcemy czy nie. Tu będzie krótko i na temat.
Zanieczyszczenie powietrza to ogromny, światowy problem, który ma tak szeroki zakres negatywnego działania, że można na ten temat książki pisać.
W powietrzu można znaleźć różne związki – dwutlenek siarki, tlenki azotu, ołów, pyły zawieszone i znowu ten nieszczęsny benzen.Zanieczyszczenia z powietrza na takiej samej zasadzie działają jak związki zawarte w papierosach, na szczęście jest to w dużo mniejszej skali niż papierosy, ale mimo wszystko jest to ogromny problem, szczególnie dlatego, że nie jest to często zależne od zwykłego szarego człowieka, bo tu przyczynami są głównie różne rodzaje przemysłu.

Alkohol
Spokojnie, nie każdy, kto pije alkohol jest skazany na nowotwór, jednak pewne nowotwory pojawiają się częściej u osób nadużywających alkoholu.
Alkohol wydaje się małym problemem, albo nawet wcale nie wydaje się problemem. Nie będę mydlić oczu i mówić, że picie okazjonalne nie jest złe, bo niestety, ale jest. Oczywiście picie non stop, jest duuuuuuuużo gorsze z tego względu, że do wyniszczenia organizmu dochodzi dużo dużo szybciej.

Skąd bierze się negatywny wpływ alkoholu?
Kiedy wypijemy alkohol, musi on jakoś być przetworzony i usunięty z organizmu. Etanol, czyli główny składnik wina, wódki i wszystkich innych rodzajów trunków jest przetwarzany w naszym organizmie w aldehyd octowy, a następnie w kwas octowy. Najbardziej toksycznym związkiem z tych trzech dla nas jest właśnie aldehyd octowy. Przedawkowanie etanolu objawia się oczywiście szeregiem objawów, czyli po prostu kacem, jego powodem jest właśnie nagromadzenie aldehydu octowego.
Aldehyd octowy może powodować uszkodzenie DNA komórek, a także upośledzać procesy naprawy komórek. Ponadto może powodować zwiększanie się ilości komórek wątroby, dużo szybsze niż normalnie, może też powstać marskość wątroby, przez to, mogą zostać pominięte wszelkie błędy i powstawać wadliwe komórki, które mogą prowadzić do powstania nowotworu.
Alkohol może także zwiększać poziom niektórych hormonów, np. estrogenów. Zbyt wysoki poziom estrogenów może powodować raka piersi.
Poza tym alkohol może powodować powstawanie wolnych rodników, o których pisałam Wam w poprzednim poście.

Jakie nowotwory są powiązane z nadmiernym piciem alkoholu?

  • nowotwory jamy ustnej i gardła,
  • rak krtani,
  • rak przełyku,
  • rak piersi,
  • rak wątroby,
  • rak jelita grubego.

„Jak to alkohol jest zły, przecież np. w winie jest resweratrol!”
Resweratrol to związek, który jest antyoksydantem. To prawda, że jest to wspaniały związek, który zmniejsza ryzyko powstawania np. chorób sercowo – naczyniowych, czy nowotworów. Jednak niestety resweratrol nie jest super wymówką do nadużywania alkoholu – w czerwonym winie znajduje się go ok. 2mg na 1 litr wina, więc nie jest to jakoś super dużo.

Otyłość
Niesamowity problem, niestety nie do końca przez wszystkich dostrzegany. Otyłość to nie tylko problem dotyczący nowotworów. Dotyczy to też schorzeń hormonalnych, układu kostno-stawowego, chorób sercowo – naczyniowych, chorób układu pokarmowego i tak dalej i tak dalej…
Powodów otyłości jest cała masa, są to przyczyny związane z jakimiś chorobami, ale też po prostu z nadmiernym jedzeniem, niezdrowym jedzeniem, jak zwał, tak zwał.

Jest kilka nowotworów, które mają związek z otyłością:

  • rak przełyku,
  • rak piersi (po menopauzie, wyjaśnię to zaraz) – rak trzustki,
  • rak nerki,
  • rak jelita grubego,
  • rak endometrium.

Już wyjaśniam o co chodzi z tym rakiem piersi po menopauzie. Tkanka tłuszczowa, wytwarza wiele związków. W tym hormony – estrogeny. Istnieją pewne nowotwory u kobiet, których powstanie jest zależne od dużej ilości estrogenów. Takimi nowotworami są rak piersi i rak endometrium (trzonu macicy). Nadmiar tkanki tłuszczowej -> wytwarzanie zbyt dużej ilości estrogenów -> rak piersi/endometrium. Po menopauzie to szczególnie się odznacza, ponieważ przed menopauzą poziom hormonów płciowych u kobiet jest zmienny w trakcie cyklu, raz jest niższy, raz wyższy, a po menopauzie jest stały i do tego w przypadku otyłości, dochodzi jeszcze trochę tych estrogenów, więc jest jeszcze wyższy niż powinien.

Jak już mówimy o hormonach, to przy okazji napiszę Wam jeszcze o antykoncepcji hormonalnej – tu też krążą pogłoski, że może zażywanie hormonów powodować powstawanie nowotworów. Otóż z jednej strony tak – zwiększone jest ryzyko powstania raka piersi i raka szyjki macicy, ale z drugiej strony zmniejszają ryzyko powstania raka jelita grubego, raka trzonu macicy, raka jajnika, a także nowotworów układu limfatycznego i krwiotwórczego. Dla zainteresowanych – tu praca naukowa, która jest źródłem tej informacji.

Komórki tłuszczowe mogą także „przyciągać” komórki odpornościowe do różnych organów. Pamiętajmy, że tkanka tłuszczowa w przypadku otyłości nie gromadzi się tylko pod skórą, ale także wokół narządów. Te przyciągnięte komórki odpornościowe mogą powodować ich przewlekły stan zapalny, który może zwiększać ryzyko powstania nowotworu.

Brak aktywności fizycznej i niezdrowa dieta
To kolejny punkt, który można by było rozpisać na całą książkę, no i tak jest – jest cała masa książek na ten temat.
Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, nie chodzi tu o maratony, czy codzienne ćwiczenia na siłowni. W tych czasach wybierana jest winda zamiast schodów, samochód, zamiast roweru, na spacer chodzi się raz na chiński rok. Sama tak robiłam przed chorobą, więc doskonale wiem jak to jest. Już nawet odkurzanie, czy praca w ogródku jest jakimś rodzajem aktywności fizycznej. Warto urozmaicić innymi aktywnościami, ale już samo wejście po schodach, spacer, jest już jakimś krokiem w przód. Kiedy tak spędzamy całe dnie na kanapie, czy w pracy przed komputerem, zwiększamy ryzyko powstania otyłości, chorób sercowo naczyniowych, chorób układu kostnego i stawowego, a nawet ryzyko depresji (w czasie ćwiczeń uwalniane są hormony szczęścia), no i oczywiście te wszystkie schorzenia mogą prowadzić do przewlekłych stanów zapalnych a to często też do nowotworów. Nowotwory powiązane z brakiem aktywności fizycznej, to np. rak piersi (po menopauzie, tak, jak się domyślacie ma to też związek z tkanką tłuszczową), rak jelita grubego, rak trzonu macicy.

Jedzenie… coś co uwielbiam, moje hobby – gotowanie i jedzenie. Chipsy, wszelkie napoje typu cola, słodycze, cukier, pełne antybiotyków mięso i caaaała masa innych rzeczy, to zło. Wiadomo, że w tych czasach nie da się zupełnie wyeliminować wszystkiego złego, można jedynie ograniczyć. Nawet jakby samemu hodować zwierzęta, czy warzywa i owoce, to i tak są one narażone na skażone powietrze, glebę, wodę. Tego się nie ominie, no ale coraz więcej jest już produktów bio, więc chyba idziemy w dobrą stronę. W jedzeniu jest cała masa niezdrowych, sztucznych substancji – warzywa i owoce są spryskiwane środkami chemicznymi, żeby dłużej wyglądały na świeże, mięso jest pełne antybiotyków, w chipsach, zupkach chińskich mamy uzależniający, słynny wzmacniacz smaku – glutaminian sodu, w coli i innych podobnych napojach mamy słodzik – aspartam. To wszystko to sztuczne związki, które wpływają negatywnie na naszą gospodarkę hormonalną, na komórki, na powstawanie stanu zapalnego, a przez to oczywiście zwiększa się ryzyko powstawania nowotworów.

Być może słyszeliście też o tym, że jedzenie grillowane jest bardzo szkodliwe. To niestety prawda. Tak, wiem, mi też leci ślinka na samą myśl o karkówce z grilla. Szkodliwość wynika z tego, że kiedy kładziemy takie mięsko na grilla, ono tam sobie się smaży wygląda przecudownie, zarumienione, lekko zwęglone, no i właśnie to jest błąd – w czasie grillowania powstają związki – policykliczne węglowodory aromatyczne, w tym np. benzopiren, dokładnie ten sam, o którym pisałam przy okazji papierosów, problem w tym jest taki, że kiedy jemy taką pyszną karkóweczkę z grilla, przyjmujemy te policykliczne węglowodory aromatyczne w bardzo skondensowanej postaci. Występują one też w powietrzu, ale nie oddziałują one aż bezpośrednio na nasz organizm jak jedzenie z grilla. Weganie i wegetarianie też nie powinni czuć się bezpiecznie – to samo dotyczy warzyw z grilla, na szczęście w dużo mniejszym stopniu. Spokojnie, nie musicie od razu wstawać od komputera i wyrzucać grilla na śmietnik, można dalej sobie grillować, tylko trzeba wiedzieć jak – przede wszystkim dodawajcie przyprawy, które słyną z tego, że są antyoksydantami, np. kurkumę, kolendrę, imbir, rozmaryn – marynowanie steka w marynacie z ziołami znacznie obniża poziom policyklicznych węglowodorów. Jeśli chodzi o samo grillowanie – nie kładźcie jedzenia na ogień! Najlepiej grillować jest warzywa i ryby – po upieczeniu zawierają mniej szkodliwych substancji. Dobra, bo już mnie ponosi, to nie blog kulinarny, haha. Lecimy dalej!

Infekcje, wirusy, promieniowanie UV
Zacznę od końca – promieniowanie UV. Mamy dwa rodzaje tego promieniowania (właściwie trzy, ale to trzecie nie dociera do powierzchni Ziemi) – UVA (dociera głęboko w warstwy skóry, powoduje jej starzenie) oraz UVB (odpowiedzialne za większość poparzeń słonecznych). Zbyt duża ilość oparzeń słonecznych może zwiększać ryzyko np. czerniaka, czyli nowotworu skóry. Oczywiście promieniowanie UV ma też swoje zalety, którymi jest wytwarzanie witaminy D, o czym pisałam Wam w poście o medycynie alternatywnej, no ale jak we wszystkim, trzeba znać umiar.

Jeśli chodzi o infekcje, być może powinnam od tego w ogóle zacząć, bo tak wszędzie piszę o przewlekłym stanie zapalnym i nie wyjaśniłam o co chodzi. Weźmy na tapetę np. płuca. W płucach mamy szereg barier chroniących nasz organizm przed infekcjami – śluz, rzęski. Mamy sobie pacjenta, który pali dużo papierosów i przychodzi z kaszlem. Kaszel w tym przypadku może być ewidentnie spowodowany dymem papierosowym, a nie np. bakteriami. Dym papierosowy jest tu czynnikiem drażniącym. Jeśli pacjent nie przestanie palić, może dojść do tego, że te bariery, które nas chronią (śluz itp.) zostaną zniszczone, wręcz może dojść do tego, że zmieni się kompletnie rodzaj komórek. Taki proces nazywany jest metaplazją. Nowy rodzaj komórek nie będzie już kompletnie odporny na infekcje bakteryjne itp., będzie to po prostu taka „dziura”, która umożliwi drobnoustrojom wniknąć do naszego organizmu i spowodować przewlekły stan zapalny. Takie ciągłe zmiany komórek i ciągły stan zapalny to coś niefizjologicznego, komórki wariują, nie wiedzą co się dzieje i tracą czujność jeśli chodzi o kontrolowanie powstawania potencjalnych nowotworów. Prowadzi to właśnie do ich powstania.
Nie tylko chodzi o przewlekły stan zapalny pod punktem „infekcje”. Pewne bakterie i wirusy mogą zrobić takiego spustoszenia, że mogą powstać mutacje, a przez to nowotwory, ale także mogą powodować właśnie przewlekły stan zapalny. Oczywiście nie każda infekcja, które opiszę powodują nowotwór. Do tego trzeba wielu innych czynników.

Takie infekcje to:

  • bakteria Helicobacter Pylori – infekcja najczęściej w żołądku, mogą powstać wrzody żołądka, a potem przez np. niewyleczenie infekcji, stan zapalny i niestety nowotwór.
  • wirus Epsteina-Barr – wirus może wywoływać mononukleozę zakaźną, jest związany także z chłoniakiem Burkitta (występujący głównie w Afryce), a także z chłoniakiem Hodgkina (uprzedzam pytania – nie miałam mononukleozy zakaźnej 😀 ).
  • wirus HIV – powoduje AIDS (tak, HIV i AIDS to nie to samo, nie u każdego zarażonego wirusem HIV rozwija się AIDS), tu mamy kilka nowotworów, które są związane z tym wirusem – mięsak Kaposiego, chłoniaki nieziarnicze, rak szyjki macicy.
  • wirusy HBV i HCV – czyli wirusy powodujące wirusowe zapalenie wątroby typu B i C. Są one powiązane z powstawaniem raka wątroby oraz chłoniaków nieziarniczych.
  • wirus HPV – ostatnio bardzo nagłośniony problem, jest to wirus brodawczaka ludzkiego, jest wiele jego odmian, nie każda powoduje nowotwór. Wirus ten jest powiązany z powstawaniem raka szyjki macicy. O tym świetnie opowiedzieli chłopaki z kanału Najprościej Mówiąc, poniżej możecie obejrzeć filmik o tym właśnie wirusie i nowotworze.

Pamiętajcie, że nie każde zakażenie powyższymi drobnoustrojami może powodować nowotwór, nie popadajmy w panikę. Powstanie nowotworu nie jest takie proste jak nam się wydaje, po drodze musi zawieść wiele systemów obronnych.
Te drobnoustroje same w sobie nie są nosicielami nowotworów czy coś takiego. Nowotworem nie da się zarazić. Nowotwór może powstać przez przewlekły stan zapalny, albo np. przez wniknięcie wirusa do komórki – wirus ten może przeszkodzić w podziale komórki, czy w procesach naprawczych DNA, przez co mogą powstać nowotwory.

Polecam Wam też kolejny filmik chłopaków z Najprościej Mówiąc o tym jak powstają nowotwory:

Wiek i geny
Wraz z wiekiem procesy naprawcze DNA w naszych komórkach są coraz słabsze. Coraz więcej jest błędów, które są omijane i przez to pewne nowotwory mają tendencję do rozwijania się w starszym wieku – rak płuc, rak piersi i rak prostaty – to najczęstsze nowotwory występujące u starszych ludzi. To jest niestety czynnik, którego nie da się uniknąć.Jeśli chodzi o geny, to pisałam o tym w poście na temat faktów i mitów o nowotworach, więc serdecznie zapraszam do zapoznania się z tym postem.

Pewnie część z Was zastanawia się dlaczego brakuje podpunktu związanego z rakotwórczym działaniem radioterapii, czy niektórych badań obrazowych i leków – o tym napiszę przy okazji postów o radioterapii samej w sobie. 🙂

Standardowo, jeśli popełniłam jakiegoś babola, proszę o napisanie w komentarzu, chociaż pisałam tego posta kilka godzin bardzo uważnie, więc mam nadzieję jednak, że tego nie zrobiłam, haha.
Oczywiście też jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie w komentarzach, chętnie odpowiem. Proszę jedynie o pytania związane z tematem nowotworów, leczenia itp., bo na pytania o studia, czy o to jak zdać dobrze maturę nie odpowiadam, to nie jest tematyka mojego bloga, trzymajmy się tego, bardzo proszę. 😉

Każdy z tych punktów, które wymieniłam mają jakiś wpływ na powstawanie nowotworów. Jednak nie przesadzajmy z podejrzeniami, wszystko w granicach rozsądku – nie każda zjedzona przypalona karkówka ma sprawić, że zapłaczecie się na śmierć, bo wyczytaliście w internecie, że grillowane mięso powoduje nowotwory – podejdźmy do tego wszystkiego z głową.

Pamiętajcie, że pewnych czynników nie da się wyeliminować, ale te, które możemy, warto jest wyrzucić ze swojego życia. Papierosy, alkohol, śmieciowe jedzenie. Oczywiście nikt nie jest święty. Sama lubię wypić sobie winko, od czasu do czasu zjeść coś mało zdrowego, jechać windą na 3 piętro, a nie iść schodami, przyznaję bez bicia, jednak teraz mam troszkę inne podejście do tego wszystkiego niż przed chorobą – trochę zmieniłam nawyki żywieniowe i związane z aktywnością fizyczną. Wiecie dlaczego? Bo dopóki jest dobrze, to jest dobrze, zajadamy się chipsami, krążymy między pracą czy uczelnią a kanapą w domu, kiedy boli nas głowa faszerujemy się lekami zamiast pójść na spacer się dotlenić, ale kiedy przychodzi moment tak ciężkiej choroby, jaką jest nowotwór, zaczynamy rozmyślać „a mogłam tego nie jeść” „mogłam częściej chodzić na spacery” „mogłam już dawno rzucić palenie”.

Nie pozwólcie, żeby to choroba była dla Was motywacją zmiany stylu życia, zacznijcie już teraz, bo jeśli przyjdzie choroba (oby nie przyszła wcale), to będzie niestety trochę za późno.

Symulacja radioterapii

W poprzednim poście mogliście przeczytać, że muszę jednak mieć radioterapię. Zanim rozpocznie się to leczenie trzeba mieć symulację – właśnie po to wczoraj byłam w Centrum Onkologii. Dowiedziałam się, że moja radioterapia będzie trwała około 4 tygodni i pierwsze naświetlanie mam 16.05. Chemioterapię zostawiam za sobą i teraz na blogu zaczynam cykl wpisów na temat radioterapii – o co w tym chodzi, skutków ubocznych itp.. Troszkę zbierałam informacji od Was też na ten temat już od dawna, bo pisaliście mi, że chcielibyście o tym przeczytać, przejdę to teraz na własnej skórze, więc jeszcze lepiej postaram się to wszystko Wam opisać.

Na Facebook’u i Instagramie, ale też jak widzicie tu – dodałam zdjęcie żółwi. Nie bez przyczyny. W zakładzie radioterapii Centrum Onkologii w Warszawie pływają sobie żółwie. Mają na celu chyba uspokoić pacjentów i trochę dać rozrywki, mimo tego, że nie są żwawe, tylko leniuchują, jak to na żółwie przystało. No ale przejdźmy do konkretów.

 Teraz po kolei… czym tak w skrócie jest radioterapia.

Radioterapia to jedna z metod leczenia nowotworów złośliwych. W radioterapii wykorzystywane jest promieniowanie X, jest to promieniowanie jonizujące. Oznacza to, że w naświetlonej tkance powstają jony (czyli tak na chłopski rozum pierwiastek bez elektronu, elektron to taka składowa pierwiastka). Ten elektron z pierwiastka musi się gdzieś podziać, no i tu się dzieje cała magia. Takie wolne elektrony tworzą wolne rodniki, czyli bardzo niestabilne cząsteczki, które są baaaardzo aktywne chemicznie. Pewnie słyszeliście już kiedyś o wolnych rodnikach – że są one szkodliwe, bo psują DNA w komórkach. No i właśnie o to chodzi. Wolne rodniki docierają do DNA komórek nowotworowych i po prostu niszczą je, w związku z czym, cała komórka jest już do niczego i po prostu ulega zniszczeniu. To promieniowanie uszkadza szybciej komórki nowotworowe niż te zdrowe, dlatego to zjawisko wykorzystano właśnie w celu leczenia nowotworów.

Pojedyncze naświetlanie trwa kilka, kilkanaście minut, ale takie naświetlania należy powtarzać. Zależnie od nowotworu, od miejsca naświetlania i wielu innych czynników ustala się dawkę promieniowania, która jest wyrażana w Grejach (Gy). W przypadku mojego nowotworu dawka całkowita w trakcie całej radioterapii to około 30Gy. Nie można podać takiej dawki w ciągu jednego naświetlenia. Jednorazowe naświetlenie to dawka od 1,8 – 2,5 Gy (to też zależne jest między innymi od obszaru naświetlania itp.), dlatego łatwo policzyć ile będzie się miało dni naświetlania. Dawkę całkowitą należy podzielić przez dawkę frakcyjną (jednorazową). U mnie wychodzi 17 dni (zakładając najniższą dawkę), ale należy pamiętać, że naświetlania robi się 5 dni w tygodniu bez weekendów.

O skuteczności, efektach ubocznych i innych ważnych rzeczach będę pisała w kolejnych osobnych postach. Dziś zajmiemy się tym, czym jest symulacja radioterapii.

Symulacja polega na dokładnym wymierzeniu obszaru naświetlania – napromienianie musi być za każdym razem w tym samym miejscu, wymierzanie polega po prostu na tym, że kładziemy się na stole, nad którym jest taka jakby duża okrągła lampa, która ma jakieś różne cyferki i kreski, potrzebne technikom do wymierzenia wszystkiego. Naświetlanie musi być bardzo dokładne. Między innymi przez to pacjenci są tatuowani. Tak, dobrze przeczytaliście. W czasie mierzenia tego obszaru, technicy rysują krzyżyki markerem na ciele, trzy, cztery, różnie to bywa. Wszystko zależy od obszaru napromieniania między innymi. Potem w środku krzyżyka robi się permanentny tatuaż. Nie jest to bardzo bolesne, ale trochę nieprzyjemne. W teorii podobno można się na to nie zgodzić, ale mnie się o zdanie nikt nie pytał, haha. 😉 Niestety to nie jest tak jak sobie wyobrażacie, że zasiada wytatuowany przypakowany facet w czarnych nitrylowych rękawiczkach ze sprzętem do robienia tatuaży i robi Wam dziarę. Zamiast tego przychodzi przemiła pani pielęgniarka, która robi tatuaż po prostu pojedynczą igłą. Tatuaż to po prostu pojedyncza kropka, z daleka wygląda po prostu jak pieprzyk. Prosiłam o wytatuowanie wielkiego smoka, ale pani pielęgniarka nie była skora do tego niestety, hahaha. Poniżej macie zdjęcia moich trzech tatuaży. Jeden – przy bliźnie po biopsji otwartej, to miejsce naświetlania. Po bokach pod pachami tatuaże służą po to, żeby laser wyznaczył linię, żeby potem łatwiej było zrobić symetrię.

Następnym krokiem w symulacji jest kontrolna tomografia, bez kontrastu. Nie zawsze jest to potrzebne. Zależy to od miejsca naświetlania. Generalnie w tym czasie technicy przesuwają pacjentem po stole tak, żeby było równo, ładnie, pięknie. 😉

W niektórych przypadkach konieczne jest zrobienie maski. Maskę robi się po prostu przykładając do pacjenta taką siatkę na ciepło, dopasowuje się ona do ciała. Co każde naświetlenie nakłada się taką maskę, przyczepia się ją do stołu po to, aby pacjent się nie ruszał. Wiadomo, że każdy zagwarantuje, że się nie będzie ruszać, ale są też mimowolne ruchy ciała, przed nimi właśnie chroni maska. To czy będzie maska czy nie, zależy m.in. od obszaru naświetlania.

na-czym-polega-radioterapia
źródło: https://www.zwrotnikraka.pl/na-czym-polega-radioterapia/

Na tym polega symulacja. Nie trwa to długo. Mi w sumie zeszło 1,5h w szpitalu, więc też schodzi raz, dwa. W tym czasie też lekarz prowadzący powinien Was poinformować kiedy dokładnie macie pierwsze naświetlanie i powinniście mieć zrobione zdjęcie i wyrobiony identyfikator. Niekiedy trzeba powtórzyć symulację, ale to już zależy od lekarza.

Radioterapia jest bezbolesna, nie leje się krew i przede wszystkim jednorazowe naświetlenie trwa bardzo krótko. O tym jak wygląda sam dzień radioterapii napiszę Wam za 2 tygodnie, bo wtedy radioterapię rozpoczynam.

A jak wyglądała Wasza symulacja radioterapii?

To się pocieszyłam…

Post miał być w niedzielę i miał być na temat remisji, jednak niestety dziś rano zadzwoniła do mnie moja doktor prowadząca i okazało się, że radiolog opisująca moje badanie tomografii komputerowej pominęła jedną istotną kwestię – naciek na mostku. Jak wiecie, miałam naciek od początku i ponieważ zniszczył on mostek, to ta destrukcja będzie zawsze, mogą tam być aktywne komórki nowotworowe, ale nie muszą – dlatego w razie czego muszę mieć jednak radioterapię. Za tydzień w czwartek (4.05) dowiem się więcej, będę miała wtedy symulację naświetlania – wtedy ustalą dawkę, miejsce naświetlania i wszystko co potrzebne do rozpoczęcia radioterapii.

Od tej symulacji do faktycznej radioterapii jest kawałek drogi – może być to nawet miesiąc, może to być tydzień – wszystkiego się dowiem dopiero w czwartek dokładnie kiedy co i jak. Generalnie radioterapia miałaby dotyczyć nacieku na mostku, więc to nie powinna być jakaś ogromna dawka, no i ponieważ nie mam już zajętych węzłów i nie mam guza, to obszar naświetlania też nie powinien być duży.

Radioterapia prawdopodobnie będzie trwała miesiąc – codziennie będę miała naświetlania, to trwa kilkanaście minut. W weekendy będę miała „wolne”.

Czy załamałam się tym faktem? Nie. Nie jest to najlepsza wiadomość w ostatnim czasie, ale nie ma co się załamywać- wolę dobić intruza niż później pluć sobie w brodę, że „A może mogła być radio…”.

Jedyne co mogę powiedzieć to to, że bardzo się wkurzyłam, zdenerwowałam i w ogóle wszystkie tego typu emocje mną targały kiedy zadzwoniła moja lekarz prowadząca. Nie byłam zła, że się nie udało, czy coś. Byłam zła, że przez niedopatrzenie lekarza cieszyłam się, zaczęłam znowu planować pewne rzeczy no i ogólnie – gdyby powiedzieli mi o radioterapii w poniedziałek, to też inaczej bym zareagowała, bo wtedy byłam gotowa na każdą ewentualność, a dzisiejszy telefon to był taki nóż w plecy, kop w ryj i sprowadzenie na ziemię. Nie obwiniam do końca radiologa, który robił opis – fakt, możliwe, że opis był robiony na szybko, bo był zrobiony tego samego dnia w którym miałam wizytę kontrolną (tomografia była 11 dni wcześniej, więc trochę czasu było), ale nie wiem jak to od tamtej strony mogło wyglądać. Cieszę się jedynie, że KTOŚ zwrócił jednak uwagę na to, że czegoś brakuje i cieszę się, że nie będę chodzić sobie nieświadomie z tykającą bombą w klatce piersiowej.

Jedyna rada jaka z tego wynika, to to, żebyście konsultowali swój przypadek z innymi lekarzami, bo ktoś może zauważyć coś, czego poprzedni nie zauważył, a czasami to może kosztować życie. Na szczęście mój przypadek nie jest aż tak drastyczny, ale uwierzcie mi, że bywają gorsze niedopatrzenia… To nie wjazd na lekarzy, bo wiem mniej więcej z czego wynika to wszystko. System działania służby zdrowia jest poniżej krytyki, system działania szpitali przez to też jest fatalny, szkoda, że na tym tracą zarówno lekarze, jak i niestety pacjenci (dla zainteresowanych polecam książkę Pawła Reszki „Mali bogowie”).

Mam nadzieję, że będziecie walczyć o swoje – to zarówno do pacjentów jak i do lekarzy, bo to system jest winny, przez to lekarze potem są obwiniani (często słusznie, ale zacznijmy od tego skąd to się bierze), potem pacjenci są sfrustrowani i się koło zatacza. Mam nadzieję też, że kiedyś te wszystkie sytuacje absurdalne dojdą do władz, dojdzie do ich mózgu i w końcu coś z tym zrobią, bo to, co się dzieje w systemie służby zdrowia, to za przeproszeniem jest kurwa jakiś żart…

Wynik

Sukces! Mam remisję!

Po guzie, węzłach i nacieku nie ma ani śladu, jestem niesamowicie szczęśliwa – nie muszę mieć radioterapii.

Teraz czas na regenerację!

Jeszcze tylko krótko chcę Wam podziękować, bo nieraz jak miałam doła, to albo poprawialiście mi humor albo po prostu motywowałam się dla Was, bardzo Wam dziękuję że byliście i że jesteście nadal ze mną!

Póki co zmykam świętować jedzeniem jak to na mnie przystało i wracam do Was niedługo z kolejnym postem!

JUPIIIIIII!